COMBICHRIST – ONE FIRE: RECENZJA

Dominacja nad szarymi ludzkimi jednostkami. Szereg technik manipulacyjnych, które kontrolują ich słabe, a jakże uległe rozumy. Jak można być tak nędznym, aby swój żywot opierać na używkach a później się wypierać, że nie jest się od nich uzależnionym. Życie to specyficzna i jedyna w swoim rodzaju przeprawa. Nikt nie wie, czy w przeszłości nie stąpaliśmy już po jakimś gruncie tym bardziej żaden z nas nie wie, czy w ogóle istnieje życie po śmierci. Mimo to przepadamy w pokusach. Nie dostrzegamy prawdziwego piękna, od którego przecież wszystko się zaczęło. Dzielimy się na obozy walczące między sobą, tak naprawdę o przysłowiową pietruszkę. Często spekulacje biorą górę nad zdrowym rozsądkiem, co potrafi doprowadzić do irracjonalnych sytuacji. Amerykański industrialny moloch, który swoją muzykę określa aggrotech metalem, Combichrist powraca ze złotym strzałem dotyczącym tych rozważań. One Fire albo ich zbawi, albo pochowa. Pomóc w tym mają rotacje w składzie jak również gościnny udział wokalisty Fear Factory.

COMBICHRIST - ONE FIRE

Krzywdź śmiało. Przecierpimy za Ciebie

Za pierwszym razem Bottle of Pain wprowadziło mnie w osłupienie. Ta ballado podobna dywersja w akompaniamencie gitary akustycznej jest niesiona na skrzydłach wojny. Utwór wybrzmiewa na ostateczną wiadomość od herosa, który pomimo setek prób poległ. W odbiorze Bottle of Pain nie ma sobie równych na płycie. Ocieka emocjami i jest wręcz desperacko skuteczny. Następnie słowami przemówienia (najprawdopodobniej Alana Wattsa) wita nas dziwny kreowany na prasowy 2045. Całe szczęście, że takich zabiegów słyszałem już kilkadziesiąt razy, bo mnie nie odrzuca. Z zaciekawieniem potrafię wysiedzieć do końca utworu. W tej mizantropijnej wizji, klimacie oraz graniu zespołu pod przewodnictwem Andiego może się odnaleźć każdy kto miał jakikolwiek kontakt z twórczością Static-X, Roba Zombiego, Celldwellera a nawet Rammsteina. W przeciwieństwie do ciężkich trudnych do przejścia tematów melodie potrafią skocznie rozkoszować nasze zmysły. Niestety pod koniec taka atmosfera drastycznie siada, aczkolwiek California über alles to chyba najbardziej pastiszowy wybryk zespołu z Atlanty.

COMBICHRIST - ONE FIRE 2

 



 

Zepsuci do szpiku kości

Przyjemnie tak odnaleźć się w tym wszystkim i dostrzec pomocną dłoń. Combichrist miał swoje wzloty i upadki, jednak zawsze wstawał z kolan. Grupa nie bała/nie boi się nadal eksperymentować (o ile tym brzmieniowym fanaberiom można jeszcze przypiąć łatkę eksperymentów). Dziewiąty longplay (licząc z soundtrackiem do DMC Devil May Cry) One Fire w większej połowie radzi sobie całkiem nieźle. Siedem początkowych kompozycji zwyczajnie się sprawdza. Nie zważając na ich tematykę są chwytliwe, co owocuje kolejnymi odsłuchami. Nie byłem i nie jestem zagorzałym fanem zespołu. Wiedziałem o nich od dawna, jednakże dzięki poleceniu wcześniejszych dokonań, sięgnąłem po całą twórczość Combichrist dopiero teraz. Lubię We Love You, średniakiem jest dla mnie natomiast This Is Where Death Begins. One Fire jako następca This Is Where Death Begins odpowiada mi zdecydowanie lepiej. Potrafi rozbujać oraz wprowadzić w zadumę nad ludzką zgnilizną, a to cenię sobie niebywale wysoce.


Combichrist – One Fire otrzymuje:

ocena: 3.5/5


INNE WPISY, KTÓRE MOGĄ CIĘ ZAINTERESOWAĆ

FACEBOOK ZESPOŁU

NASZ FACEBOOK

O autorze

"Out of the dark"

Grafik, meloman i wielki fan hokeju. Pisanie o muzyce jak i jej słuchanie to dla mnie czysta przyjemność oraz kwintesencja egzystencji.