KAT – WITHOUT LOOKING BACK: RECENZJA

Gotowi na kolejny powrót po latach? Legenda, prekursor polskiego thrashu, jedna z paru kultowych ciężkich grup w naszym kraju powróciła. Mowa o Kacie. Without Looking Back wita nas okładką nawiązującą do korzeni. Do korzeni głęboko zapuszczonych, czyli do wręcz genialnego Oddechu wymarłych światów z 89′ roku. Widząc taką okładkę, a nie śledząc zespołu ładnych parę lat, dałbym się nabrać na tą niecną sztuczkę, jednakże wiem co w branży słychać i na jakim etapie kariery jest Kat. Nabiorą się jedynie Ci, którzy przygodę z Katem zakończyli na przełomie lat 90 i początku XXI wieku. Brutalny, szybki, pamiętny na lata zespół przeistoczył się w rzemieślniczą niezbyt wygórowaną robotę. Romana nie ma, ale jest ogień, który został nowym fetyszem zespołu. Jest on dosłownie wszędzie. Na okładce, w tekstach, w nazwach utworów ale w najważniejszej części, czyli muzyce, go zabrakło.

KAT - WITHOUT LOOKING BACK

Nowa gwardia pod starą banderą

Jak wielu fanom, tak i mi, przeszkadza fakt gdy zespół zmienia wokalistę lub większość składu i zaczyna tworzyć zgoła inną stylistycznie muzykę pod tą samą nazwą. Teraźniejszy Kat właśnie wskoczył w te zgubne sidła. Jestem pewien, że odbiór Without Looking Back jako oddzielny projekt Piotra Luczyka (nie oszukujmy się to on wytyczył zespołowi tą ścieżkę) byłby bardziej przychylny. Płyta nie jest odkrywcza. Nie brzmi świeżo, jedynie momentami potrafi zatrzymać czas i przykuć naszą uwagę. To boli, tym bardziej iż nowy wokalista Qbek może i ma charakterystyczną barwę głosu, lecz jej wykorzystanie zostało koncertowo położone. Poza standardowym sztampowym śpiewaniem usłyszymy co jakiś czas wyższe tony. Przez wydłużenie kompozycji jego kwestie sprowadzają się do flegmatycznego wielokrotnego powtarzania jednej linijki tekstowej (Poker). Nudzi to niesamowicie, a potencjał w sekcji rytmicznej jest. Do niektórych segmentów nawet warto powrócić. Niefortunnie kilkadziesiąt minut zbędnego materiału w tym przeszkadza.

KAT - WITHOUT LOOKING BACK 2

Między Godsmackiem a Black River

Brzmienie straciło na jakości. Są chwile, gdzie rzeczywiście czuje się jakiś koncept na utwory. Takim wartym posłuchania jest całkiem zgrabny, różnorodny, prawie dziewięciominutowy Wild. W tym utworze najbardziej podobał mi się nowy wokalista. Idealnie pasuje do rockowych partii, zwrotek kreowanych na te z lat 80 i 90. Wild to pozycja godna wielokrotnego słuchania. Szkoda że jest jedyną na płycie. Gitara Luczyka po latach nadal zadowala. Dodatkowo, wariacje typowe dla amerykańskiego rocka zostają przyjemnie odebrane przez ludzkie rejestratory słuchowe. Without Looking Back balansuje na granicy między ciężkim (jeszcze nieprzystępnym) rockiem a tym radiowym. Granica ta jest dobrze znana słuchaczom, którzy lubują się w Godsmacku (swoją drogą zawsze dziwił mnie fenomen i kult tego zespołu u nas w kraju).

 



 

Nowy Kat? Panie, komu to potrzebne

Do kogo skierowana jest płyta? To kluczowe pytanie. Głowiłem się nad tym długo i trudno mi znaleźć grupę docelową. Ortodoksów odrzuci inne brzmienie i akcja promocyjna, która poniekąd wprowadza zespół do mainstreamu. Nowi prawdopodobni fani nawet Kata nie sprawdzą. Nie będą w stanie się do niego dokopać dzięki zatrzęsieniu światowych premier. Dlatego zwyczajnie nie wiem dla kogo Without Looking Back jest. Z jednej strony stare logo, okładka stylizowana na te z początku kariery, a z drugiej strony 75% zmienionego składu, dziwnie obrany kierunek. A to jeszcze nie wszystko, gdyż nowy materiał jest o jakieś 25~30 minut przydługi. Wydaje mi się, że wskrzeszenie trupa po prawie 14 latach miało zagrać na emocjach starych odbiorców. Skuszeni okładką zapewne płytę sprawdzą, lecz tak jak szybko skuszeni, tak samo szybką ją wyłączą. Dla mnie to nienajgorszy, ale niepotrzebny album. Spowoduje on jeszcze większą niechęć do oryginalnego (tylko z nazwy) Kata.


Kat – Without Looking Back otrzymuje:


INNE WPISY, KTÓRE MOGĄ CIĘ ZAINTERESOWAĆ

FACEBOOK ZESPOŁU

NASZ FACEBOOK

O autorze

"Out of the dark"

Grafik, meloman i wielki fan hokeju. Pisanie o muzyce jak i jej słuchanie to dla mnie czysta przyjemność oraz kwintesencja egzystencji.