MÖTLEY CRÜE – THE DIRT: RECENZJA

Czysto hipotetycznie, otrzymujecie propozycję stworzenia filmu upamiętniającego zespół, na którego punkcie, swego czasu, zwariował świat. Co robicie? Ładujecie mnogość scen oznaczoną literką R. Początkowo sprawdza się to nieźle. Później nieco gorzej, gdy wszystko się powtarza, a widzieliśmy to na początku i do tego historia zamienia się w kiepsko ukazany melodramat członków zespołu, gdzie to aktorzy zwyczajnie nie potrafili odnaleźć się w tych rolach. Całe szczęście całość ratuje finał. The Dirt jako popcorn movie z wadami i zaletami.

The Dirt stara się opowiedzieć w bardzo wielkim skrócie historię jednego z bardziej sukcesywnych glam metalowych/hard rockowych amerykańskich bandów. Mötley Crüe, powstały z inicjatywy Nikkiego Sixxa, sprzedał miliony płyt na całym świecie i szybko stał się wrogiem samego siebie. Liczne skandale, śmiertelny wypadek, tony dragów doprowadziły ich do bycia wrogiem publicznym numer 1. Nawet ich twórczość sięgnęła dna. Albumy jak Generation Swine oraz New Tattoo nie pozwalają o tym zapomnieć. W chwili obecnej potrafią nawet rozbawić, jednakże podczas premiery były totalnymi gniotami. Wielu fanów odwróciło się od zespołu inni zakończyli przygodę przed self-titled albumem albo nieco po. Zmiana wokalisty na Johna Corabiego też nie odbyła się bez echa. Warsztatu nie można mu odmówić. Pod tym względem jest o niebo lepszy od Vince’a, ale to właśnie niewykształcony do końca głos, osobowość, swoboda sceniczna blond wokalisty była napędem tej zbieraniny dziwacznych osobowości.

Mötley Crüe - The Dirt

Jak to się robiło prawie 4 dekady temu

Ekranizacja książki The Dirt, napisanej przez Mötley Crüe, skupia się na ekscesach i przemianach członków zespołu niżeli na procesie twórczym, czy samym koncertowaniu. Są tutaj sceny pokazujące każdy aspekt wymieniony przeze mnie w poprzednim zdaniu, lecz większość z nich zostało potraktowanych po macoszemu. Realizatorzy nie zmarnowali czasu podczas końcowych napisów i przygotowali dla nas możliwie najlepszy motyw by owy czas zagospodarować jak najciekawiej. To zderzenie starego z nowym. Prawdziwe wydarzenia porównane z tymi podczas kręcenia The Dirt. Imponujące zagranie. Nie szukając daleko możemy zobaczyć jak to było kiedyś, a jak zostało odwzorowane na potrzeby obrazu. Niestety dużo rzeczy się nie pokrywa. Sytuacja kiedy band dyskutuje z przedstawicielem Elektra Records. Miało to miejsce na świeżym powietrzu pośród baraków, a w filmie jest ukazane w drogim klubie nocnym. Takich urozmaiceń jest więcej, niemniej jednak ogląda się przyjemnie. Szczególnie gdy Tommy Lee (Machine Gun Kelly) daje z siebie wszystko i pokazuje przebieg swojego dnia.

Czy my, to wy? Czy wy, to my?

Casting to fantastyczne trafy, szczególnie główni bohaterowie. Machine Gun Kelly w roli Tommiego Lee to totalny kosmos. Jest typowym comic reliefem. Reżyser chciał, by przy każdym jego czasie ekranowym miał sytuację w której robi z siebie głupka czy odgrywa scenę w takich klimatach albo prowadzi zabawny dialog/monolog. Drobna notka biograficzna: pochodzi z dobrego domu, ma wspaniałych zamężnych rodziców i był bezproblemowych dzieckiem, do czasu. To taki typ człowieka, który chce zrobić wszystko dobrze, nie zważając na uczucia innych. Nikki Sixx grany przez Douglasa Bootha jest postacią tragiczną. Nigdy nie zaznał prawdziwej miłości i dopiero po doprowadzeniu się do totalnego dna zrozumie, iż to tylko go niszczy i wróci na poprawną ścieżkę.

Daniel Webber z roli Vince’a wywiązał się ok. Ok, gdyż największym mankamentem jest lip sinking. Dało się go podłożyć znacznie lepiej. Czujne oko wychwyci, że to nie aktor śpiewa. Na pochwały zasługują momenty, kiedy występuje na scenie. Milowicz aka „Bolec” skwitowałby to swoimi słynnymi słowami: „…te kocie ruchy, te gesty rękami…„. Ostatni, ale nie mniej ważny Iwan Rheon jako Mick Mars to postać, z którą było mi najłatwiej się zgrać. „Ochrzczony” mianem dziwaka wkupi się w łaski oglądającego już na samym początku. Spokojny, „najnormalniejszy” z całej paczki, zachowuje dystans do wielu spraw. Sądzę, że przez to był i jest najmniej docenianym członkiem Mötley Crüe.

Mötley Crüe - The Dirt 2

Bla, bla, i kurwa, bla

Musicie wiedzieć, że The Dirt to nic ambitnego, zresztą jak cała twórczość Mötley Crüe (to powinno być jasne, jeżeli znaliście ich przed seansem). Co prawda zespół miał momenty gdzie chciał tworzyć coś dojrzalszego niż fantazje związane z wódą, koksem i paniami lekkich obyczajów, ale nie tego chciała publika, a i również nie wychodziło im to najlepiej. Reżyser Jeff Tremaine, odpowiedzialny za filmy z serii Jackass, w luzackim stylu odnajduje się wyśmienicie, więc historię rozkapryszonych, nieodpowiedzialnych rockowych gwiazdek wyreżyserował ze swojego punktu widzenia. Trafnie przedstawia to scena przy basenie, podczas trasy z „Panem Ciemności„, kiedy to Ozzy Osbourne pokazuje swoje chore nawyki młodzikom z branży. Szkoda, że w chwilach upadków, dramatów sili się na pokazanie ich z ckliwej, rzewnej strony. Trudno w to wówczas uwierzyć, skoro przed chwilą Tommy, Vince i Nikki zdemolowali, wyrzucanymi przez okno meblami, samochód przypadkowego przechodnia.

Mötley Crüe - The Dirt 3

Wygląd, który zabija

Charakteryzacje, stroje, wystrój wnętrz oraz sami bohaterowie ukazani są perfekcyjnie, gorzej jeżeli przychodzi do pokazania występu, czy oznak starzenia się postaci. Taśma ma nałożone specjalne ziarno, by oddać klimat tamtych czasów, to się udaje. W wesołych, ekscytujących chwilach barwy są nasycone i żywe, a w chwilach ludzkiej porażki czy zakłopotania lub zrezygnowania – ciemne do bólu. Ten element wypada kapitalnie. Zdjęcia są realnie. Dzięki nim odczujemy klimat tamtejszych lat, wszelako segmenty koncertów mogą to zepsuć. Na scenach jest pusto i nijako, koncertowicze jedyne co robią to się bujają, a wątpię żeby tak było. To detale, które mówią iż The Dirt ma przedstawiać wizerunek chłopaków, a nie muzykę dzięki której o nich usłyszeliśmy. Na szczęście mamy od tego soundtrack z praktycznie wszystkimi godnymi uwagi utworami, dodatkowo wzbogacony o 4 nowe kompozycje. Warto dać im szansę.

Reasumując, całkiem nieźle się to ogląda. Takie niezobowiązujące przedstawienie w okrojonej wersji przeżyć Mötley Crüe. Mogło być lepiej, ale też mogło być gorzej. Jeśli nie przeszkadza wam przymykanie oka w wielu aspektach, to powinniście obejrzeć tę produkcję. Wyłączcie myślenie, a będziecie ukontentowani po obejrzeniu The Dirt

 



 


Netflix/Mötley Crüe – The Dirt otrzymuje:


INNE WPISY, KTÓRE MOGĄ CIĘ ZAINTERESOWAĆ

FACEBOOK ZESPOŁU

NASZ FACEBOOK

O autorze

"Out of the dark"

Grafik, meloman i wielki fan hokeju. Pisanie o muzyce jak i jej słuchanie to dla mnie czysta przyjemność oraz kwintesencja egzystencji.