MYRATH – SHEHILI: RECENZJA

Nowość zza południowych mórz nasuwa na myśl pustynne krajobrazy, palmy, kilkudziesięcio-stopniowy skwar, barwne stroje, rytmy, które jedynie z czym nam się kojarzą to z bollywoodzkimi produkcjami albo z tanimi operami mydlanymi puszczanymi na TV4. Niegdyś Myrath zgrabnie wplatał w swoje rozległe progresywne kompozycje elementy miejscowego folkloru, dziś album Shehili ukazuje ich popową stronę. Piąty studyjny krążek tunezyjskiego zespołu całkowicie wyłamuje się z dawnych osiągnięć, a w pierwszej kolejności kontynuuje zapoczątkowany styl w Legacy z 2016 roku.

Za wcześnie na wakacje

Tak, czekałem na ten album, a nawet po cichu na niego liczyłem. Zawodu nie ma, gdyż taki wynik procesu twórczego też brałem pod uwagę. Natomiast Shehili zaczyna się całkiem nieźle. Otwierający Asl wprowadza wschodni klimat, a następujący po nim Born To Survive zgrabnie uwydatnia pozytywne cechy zespołu. Morgan na bębnach (jeden z topowych w obecnej chwili bębniarzy, również członek Kadinji) chyba najlepiej się prezentuje. Trzeci utwór rozpieszcza początkiem, który zapowiada dość ciężki materiał. Szkoda, że jedynie zapowiada, ponieważ refren to komercha pełną gębą. Uwierzcie mi, nawet pomimo tego byłem zaskoczony i byłem kontent. Jak do tego momentu Zaher z całą resztą dostarczyli mi miksu tak przystępnego, że osoby, które dopiero zaczynałyby przygodę z cięższą muzyką, tutaj by jej nie zauważyli. Przez szok spowodowany szeregiem egzotycznych dla nich dźwięków.

Wcale bym nie był zaskoczony jakby Dance został użyty w serialu typu Wspaniałe Stulecie. Przez prawie całe 4 minuty atakują nas orientalne detale. A są to takie elementy, przez które kojarzymy tamtejsze klimaty. Dalej jest solidnie, nawet solówka pod koniec utworu daje radę. Od kolejnej pozycji zaczniemy zauważać najgorsze, czyli schematyczność. Zaczyna się ciekawym, zwiastującym zgoła co innego niż uświadczymy, wstępem aby potem zafundować nam zwrotkę, popowy refren najlepiej powtórzony 2 razy. Kończąc dostajemy całkiem solidną solówkę i tak do końca Shehili. Słucha się tego przyjemnie, ale chciałoby się zdecydowanie więcej od zespołu, który nagrał Tales of Sands oraz Hope.

Życie, życie jest nowelą

Może to jednak i dobrze, że Myrath ruszył w bardziej przystępną stronę, gdyż zapewne w końcu będą mogli zasłynąć na tyle, na ile zasługują. Też należy wziąć pod uwagę, iż Shehili nie jest złym rekordem. Jedynie za szybko się nudzi i każda kolejna jego odsłona upodabnia się do poprzedniej, jednakże zespół zapewne o tym wie. Longplay dostarcza ciekawych orientalnych rytmów, które wraz z rockowymi riffami po prostu do siebie pasują. Dorzucając do tego wszystkiego filmowy wokal, słucha się tego z wakacyjną lekkością. Lili Twili to już w ogóle brzmi jak numer puszczany nad morzem Śródziemnym. Gdyby nieco popracować nad songwritingiem mielibyśmy naprawdę poczciwą, dającą coś więcej niż tylko przyjemne melodie, płytę. Wiem, że to taka barokowa tradycja w okolicach Tunezji muszą być ukazane przepych, jak i bogactwo, ale co za dużo to niezdrowo.

 



 


Myrath – Shehili otrzymuje:

MYRATH - SHEHILI 2


INNE WPISY, KTÓRE MOGĄ CIĘ ZAINTERESOWAĆ

FACEBOOK ZESPOŁU

NASZ FACEBOOK

O autorze

"Out of the dark"

Grafik, meloman i wielki fan hokeju. Pisanie o muzyce jak i jej słuchanie to dla mnie czysta przyjemność oraz kwintesencja egzystencji.