PANTHEIST – SEEKING INFINITY: RECENZJA

Seeking Infinity to moje pierwsze zetknięcie z zespołem Pantheist. Powiem szczerze, że zaskoczyli mnie już od pierwszych dźwięków. Swoiste brzmienie zespołu powoduje, że obok pierwszego zachwytu pojawia się też problem z zaakceptowaniem go. W ogólnej harmonii jest coś co przypomina wysłużone, rozstrojone pianino. Minie bardzo krótka chwila zanim słuch zdąży się do tego przyzwyczaić.

Intro (Eye of the Universe) wprowadza nas w specyficzny klimat. Jest niczym kołyszące morze.

Zaczyna się cichutkim, delikatnym, syntetycznym tłem, by przejść następnie w crescendo.Pantheist - Seeking Infinity Powoli zaczyna pojawiać się tajemniczy fragment nagrania i wszystko dąży do apogeum, w którym wchodzą organowe klawisze. Mistyczna otoczka wylewa się z dźwięków, powodując u mnie pojawienie się gęsiej skórki. Przejście do Control and Fire następuje dosyć płynnie. Niewyraźne, lekko zaznaczone dźwięki ze wstępu są tu rozwijane w bardziej samodzielny temat muzyczny. Tutaj pierwszy raz spotykamy się też z growlem i czystym wokalem, świetnie pasujących do wykreowanego obrazu. Główną melodię grają gitary, a klawisze wtórują im schematycznym akompaniamentem. Jednostajny rytm co jakiś czas jest przeplatany galopem gitar i perkusji, co tworzy specyficzne brzmienie tego utworu. Nastrój nie jest jednostajny. Gdy za horyzontem pojawiają się syntetyczne klawisze i szepczący wokal powoli zaczyna się zmieniać koloryt kompozycji. Głos towarzyszący temu fragmentowi jest tak cichy, że możemy go tylko “poczuć”.

Na początku 500 BC to 30 AD- The Enlightened Ones śpiew jest bardzo intrygujący i teatralny. Przypomina mi trochę szwajcarską Lacrimosę, a trochę owiane tajemnicą włosko-słoweńskie Devil Doll. Są to jednak daleko idące skojarzenia. To co mnie najbardziej tu zastanawia to problemy rytmiczne. W połowie utworu, gdy następuje wyciszenie, trudno nie zauważyć rozmijania się partii fortepianu i gitary. Ciężko powiedzieć czy jest to celowy zabieg, czy niedopatrzenie.

Najbardziej odznaczającym się utworem jest 1453: An Empire Crumbles.

Wynika to z jego specyficznego charakteru. Słychać „kościelne” dzwony rozchodzące się gdzieś nad ambientalnym tłem. Całość ma bardzo etniczną aurę a styl, którym posługuje się wokalista może kojarzyć się z rytualnymi przedstawieniami. Do tego dochodzi specyficzny, alikwotowy (gardłowy) śpiew, zwiastujący zagładę. Bardzo ładnie wplatają się tu wysokie, jasne uderzenia wykonywane na strunach gitary akustycznej.

Przy Emergence melodia jak i brzmienie nasuwa skojarzenie z utworem Control and Fire. Wszystko jest dosyć patetyczne, a gitara snuje melodyczną linię obok growlu. Gdy wchodzi czysty głos harmonia zaczyna nabierać większej durowości, ale nie zwiastuje ona szczęścia, a jedynie melancholię. W Emergence wyraźnie czuć jakieś rozczarowanie i pogodzenie się z okrutnym losem.

Na koniec panowie zostawiają nas w poczuciu maleńkości w porównaniu do wielkiego, obojętnego świata. Z pewnością w Seeking Infinity, Reaching Eternity najpierw przykują uwagę szybkie przejścia między półtonami zarysowane na początku utworu. W dalszej części wciągnie nas smutna, snująca się pieśń, przeplatana między klawiszami i gitarą. Całość kończy się majestatyczną harmonią wobec dramatycznego monologu. Finał to wzruszenie przesiąknięte tęsknotą, samotnością i bezradnością choć z melodyjnym, dość promiennym akcentem.

Seeking Infinity to dla mnie historia od początku do końca, trzymająca do ostatnich dźwięków w zachwycie.

Całość tworzy piękną opowieść, która zostawia po sobie ciarki na ciele. Wokal jest śpiewany z pewnym dystansem do słuchacza, bez zbędnych emocji, w specyficznym stylu. Miks również jest swoisty. Przede wszystkim nie ma tu za dużo oddechu, a raczej ciężkość i duszność w brzmieniu. Gitary i klawisze są często bardzo minimalistyczne a dodatkowo przesterowane. Towarzyszy im specyficzne dudnienie i bardzo dużo pogłosu. To co ujmuje jeszcze w tym albumie to wspaniałe zastosowanie różnorodnych środków wyrazu. Bogata dynamika, zmiany nastrojów czy różnorakie wykorzystanie instrumentarium sprawia, że jest to bardzo dopracowane dzieło.

Pantheist nie przypomina mi nic co znałabym wcześniej. Zespół wykonuje funeral doom, ale czerpie z black metalu, rocka gotyckiego czy klasyki. Koncepcyjny album o duchowości, poszukiwaniu i strachu tworzy spójną całość. Ta muzyczna podróż zapiera dech w piersiach, a towarzysząca jej aura mistycyzmu nie zniknie tak od razu wraz z ostatnim utworem…


PantheistSeeking Infinity otrzymuje:

Pantheist na facebooku: https://www.facebook.com/Pantheistuk

wesprzyj zespół na bandcampie: https://pantheistuk.bandcamp.com

[ bonus track (Warping Space​-​Time) ]

 

 

Spread the word. Share this post!

O autorze

Mam w serduszku dużo miejsca dla polskiej sceny black metalowej,
ale zostawiam też przestrzeń dla muzyki przeróżnej.
Lubię estetykę turpizmu.