RAMMSTEIN – RAMMSTEIN: RECENZJA

Słuchaczką Rammstein jestem od kiedy pamiętam – ich muzyka, przez ojcowski gust muzyczny, towarzyszy mi od urodzenia. Każda płyta, koncertówki, a także występy na żywo, były dla mnie niewiarygodnym przeżyciem, dopełnieniem mojej muzycznej duszy. Na nowe wydawnictwo, jak i reszta świata, czekałam 10 lat. Kiedy dowiedziałam się o terminie wydania płyty byłam zarówna podekscytowana, ale i przerażona. Dlaczego? Dlatego, że widząc solowe projekty Lindemanna i Kruspe’a widziałam do czego może dojść. Przypuszczałam, że większość fanów (jak i „niefanów”, którzy kojarzą Rammsteina tylko z Pussy i płomieniami) mogą być rozczarowani. 

Rammstein - Rammstein

Wielkie pożegnanie?

Kiedy wyszło Deutschland stwierdziłam, że jest ogień – zarówno ze strony muzycznej jak i może przede wszystkim tej typowej dla R+, kontrowersyjnej. Żydzi i SS-mani w teledysku – no tego jeszcze nie było. Radio. Jak usłyszałam, tak powiedziałam – Kraftwerk. Mówiąc szczerze, byłam bardzo rozczarowana, a moje obawy co do premiery płyty były jeszcze większe. 17 maja wszystko się wyjaśniło, i po wielokrotnym przesłuchaniu całego albumu, mogę śmiało powiedzieć, że to najbardziej kontrowersyjna płyta zespołu. Jako prawdziwy fan oraz były członek Feuerrader, widzę w tej płycie odbicie Herzeleid, ich pierwszej płyty i obawiam się próby zgrabnego zamknięcia pięknej kariery. Podzielam opinię większości publiczności co do Puppe – jak dla mnie najmocniejszy, najbardziej złożony, przepełniony emocjami i przerażający kawałek z płyty. Najsłabiej jak dla mnie Ausländer – właśnie takiego Rammsteina się obawiałam i takiego nie chciałam otrzymać. Podsumowując, jedna z lepszych płyt formacji, w której każdy znajdzie coś dla siebie. Widać, że wydawnictwo jest bardzo dopracowane, warstwa muzyczna jest na bardzo wysokim poziomie – niektóre riffy są bardziej skomplikowane niż te, do których przywykłam na poprzednich płytach.


Rammstein – Rammstein otrzymuje:

ocena: 3.5/5

Autor recenzji: @arlettakumorek


Hype po pierwszych teaserach, gotowego nowego albumu Rammsteina, wywindował ponad wszelkie oczekiwania dotyczące ich siódmej płyty. Wcześniej traktowałem niemieckich przyjaciół trochę po macoszemu i ich dyskografia była mi jedynie „znana”. Co prawda niemiecki język zawsze jakimś cudem w poezji śpiewanej sprawiał mi przyjemność, nie to co na żywo. Chociaż w innej postaci niż ten serwowany w Rammsteinie potrafi mi szybko zbrzydnąć. Śpiewane teksty przez Tilla to czysta poezja. Nie ma drugiego tak charakterystycznego, twardego, a zarazem łagodnego głosu. Frontman, giganta zza naszej zachodniej granicy, od zawsze potrafił (u mnie), swoją niebywale barwną linią głosu, pobudzić każdy cal ciała do przyjęcia tej brzmieniowej poezji. Dziesięć lat po ostatniej premierze wyposzczeni fani w końcu mogą ucztować. Nie tylko oni, bo jak zwykle przy premierze płyty Rammsteina skala wydarzenia wybudza wszystkich hejterów i hipokrytów.

Sekstet nie do zatrzymania

Mniej obeznanym pragnę przypomnieć, że zespół składa się z 6 muzyków. Till Lindemann i Richard Z. Kruspe są najbardziej rozpoznawalni i to się nie zmieniło, ale czy ktoś się zastanawiał co z resztą? Flake, czyli „maskotka” zespołu, może być znany z czynnego brania udziału w show na koncertach oraz z popisowej obsługi klawiszy na każdym albumie. Pomimo tylu osobistości nikt nie został pominięty ani przyćmiony. Tutaj prawdziwym odkryciem na nowo okazuje się perkusista Christoph „Doom” Schneider. Nigdy wcześniej jego udział nie dawał tyle co teraz. Jego bębny kipią od wściekłości. Uderzenia są intensywne, fan perkusji zakocha się w pracy Christopha szczególnie w Was Ich Liebe. W tym utworze dodatkowo Kruspe z Landersem popisują się soczystymi riffami.

RAMMSTEIN - RAMMSTEIN 2

Kto dyktuje kontrowersje?

Przeciwnicy zespołu widzą rzeczy, które chcą widzieć (doszukiwanie przejawów antysemickich w teledysku do Deutschland). Mają za nic potężny wkład w popkulturę, który im zawdzięczamy. Zapominają również o tym, iż często dzięki Rammstainowi niektóre rzeczy, czy osobistości mogły zaistnieć. Owszem, grupa zbudowała swój przeogromny fanbase na wyłamywaniu się z normalności i burzeniu murów przysłowiowych tematów tabu. Nie zmienia to faktu, że robili to i nadal robią w dobrej wierze. Dla mnie nic, co ludzkie nie jest obce. Brzydzenie się prawdą i wzbranianie od własnych uczuć jest najgorszym, co może każdego z nas spotkać. Zabrakło ich działalności w ostatnich latach. W końcu to oni w dziwaczny sposób wpływają na miliony ludzi. Oddziałują na nich i przynajmniej próbują walczyć o lepsze jutro.

Prześmiewczo pokazują w utworze Sex cały ten natłok masowego propagowania produktów, marek itd. przy pomocy skąpo odzianych modelek/modeli. Pokazują jak to od lat nastoletnich w dzisiejszych mass mediach młodzi są atakowani nagością oraz kuszeni do bezdusznego, mechanicznego seksu. Widzą jedynie obraz, kilkadziesiąt pikseli wypełnionych seksapilem do granic możliwości, niestety nic oprócz tego. Później znaczna część z nich nie potrafi zbudować damsko-męskiej relacji. Oto dzięki czemu żyjemy w bezdusznym, narcystycznym świecie. Prekursorzy Neue Deutsche Härte ludzkości nie zbawią, ale próbując w taki sposób przynajmniej oczyszczają siebie i znaczne grono z obłudy.

Oczekiwania oczekiwaniami, ale na co tak naprawdę liczyliśmy?

Myślę, że większość liczyła przede wszystkim na autentyczność, czyli coś, co zawsze przemawiało za Kruspem i resztą. Lata minęły, ideologie, doktryny zdążyły się zmienić o 180 stopni, a niemieccy artyści dalej kurczowo trzymają się swoich założeń. W takiej sytuacji trudno powiedzieć co, oprócz wiarygodności i odniesień do dzisiejszych wydarzeń, chcielibyśmy usłyszeć. Albumy zatytułowane nazwą zespołu zawsze mają na celu przedstawić twórcę w jak najlepszym świetle. Są to przeważnie podsumowania całego zebranego dorobku przez kilkadziesiąt lat kariery lub zwyczajnie rozpoczęcia historii. Zdarzają się też takie albumy, które ukazują zespół w odwrotnym świetlne niż zamierzały (odpowiednim przykładem będą dwie nieudane próby Stone Temple Pilots). Rammstein bezwzględnie należy do tej pierwszej grupy. Ma w sobie siłę i brzmienie, które pokochaliśmy.

Siódmy longplay zdecydowanie plasuje się w kategorii opus magnum. Pokazuje wszystkim nowo przybyłym słuchaczom to, co stracili przez lata, a starym wyjadaczom przypomina z łezką w oku przy czym spędzali młodzieńcze dni. Znajdziemy tutaj znajome melodie (Sex), jak w dodatku całkiem nowe (Puppe i mistrzowski aktorski popis wokalny Tilla). Rwąco brzmiącym popisem na syntezatorze w Weit Tag popisuje się Lorenz. Utwór ma w sobie ten magiczny, miażdżący klimat. Self-titled album błyszczy szczególnie dopracowaniem. Nie ma tu miejsc na błędy. Dźwięki, riffy, perkusja zawsze znajdują zastosowanie i ujście. Ubogacenia, jak chór w Zeig Dich, są czymś świeżym nie tylko w ich twórczości, ale głównie na rynku. Nowy-stary Rammstein to nie zapałka, lecz petarda, o której w podświadomości marzyliśmy, a nie spodziewaliśmy się ją otrzymać.


Rammstein – Rammstein otrzymuje:

ocena: 4/5

Autor recenzji: @terriblekonrad


Recenzja osoby, która nie jest ani fanem, ani wrogiem

Nie czekałam jakoś specjalnie na płytę Rammsteina, jednak kiedy ta wyszła to zabrałam się za nią bez specjalnego ociągania się. Zawsze ciepło wspominam takie utwory jak Sonne, Mutter, Mein Herz Brennt, czy Rosenrot, dlatego z zaciekawieniem włączyłam i to wydanie. Deutschland i Radio, które w tej kolejności pojawiają się na początku albumu, zwiastowały całkiem dobry materiał. Teledysk do Deutschland wywołał niemałe zamieszanie, jeszcze przed premierą płyty, ale trzeba przyznać, że sam utwór robi dobre „pierwsze” wrażenie. Radio to znana przebojowa strona Rammsteina, gdzie nieszablonowe, jak na ten zespół, wstawki klawiszowe skradły mi od razu serce. Obydwa utwory naznaczone są epicko brzmiącą harmonizacją, chociaż tak naprawdę bardzo prostą, ale nie oszukujmy się, każdy z nas to lubi. Płyta dopiero się rozpoczęła, a tak naprawdę (i niestety) najlepsza część za nami.

RAMMSTEIN - RAMMSTEIN 3

To nie jest kolejna w pełni pozytywna recenzja

Zeig Dich – początek i końcówka są niezłe, bo wprowadzają nowe elementy (chóry), ale nie zatrzymuję się zbyt długo pomiędzy poszczególnymi częściami utworu, kiedy natrafiam na thrashowy riff (nie jestem fanem). Końcowe wrażenie nie jest złe, jeśli zasłoni się uszy na thrashowych częściach. Ausländer to dla mnie zbyt wiele. Pojawiająca się w pewnym momencie agresywna elektronika w połączeniu z wokalem Tilla Lindemanna i chórem dziecięcym wprowadzają we mnie naprawdę bardzo złe skojarzenia, zwłaszcza na tle ostatnio popularnych tematów. Jednak jest szansa, że entuzjastom industrialno-gotyckiego metalu ta propozycja się spodoba.

Sex to wszystko to, co mogliśmy już usłyszeć wcześniej, może poza udaną eksperymentalną solówką klawiszy – fanom prawdopodobnie przypadnie do gustu, u mnie nie ma namiętności i raczej nie będzie. Was Ich Liebe dużo lepiej się broni, bo wracamy do ulubionych harmonizacji w refrenach, a przy okazji dostajemy całkiem zajmujące brzmienia syntezatora. Weit Weg czy Tattoo mają potencjał. W pierwszym kawałku najlepszą robotę wykonuje syntezator, a w Tattoo, gdyby nie chwytliwy refren otrzymalibyśmy tak naprawdę coś, co słyszeliśmy już milion razy i co nie jest przesadnie ciekawe. Hallomann to na szczęście dobre zakończenie i chyba tak naprawdę na takiego Rammsteina czekałam – ciekawa aranżacja, zostająca w głowie (trochę ckliwa) melodia, dodająca patosu wokaliza i przyciągająca solówka. Nie oczekuję, że wszystkie utwory Rammsteina takie będą, bo podróż jedynie w tą stronę prawdopodobnie też nie jest zbyt dobrym pomysłem.

 



 

Uwolnić klawiszowca

Od wydania ostatniego albumu minęło 10 lat, a więc wszelkie zmiany w brzmieniu i eksperymentowanie zdają się być raczej naturalnym procesem. Z drugiej strony, nie czuję, żeby to była jakaś olbrzymia rewolucja. Wydaje mi się, że nowość od Rammsteina dla fanów prawdopodobnie okaże się niezła, jednak dla osób spoza rammsteinowej bańki – średnia. Oczywiście, są dobre momenty, ale gdzieniegdzie bywa monotonnie, kiedy po raz kolejny wybrzmiewają wszystkim już znane patenty. Przewijające się przez cały utwór te same akordy, tylko w innych aranżacjach, a podane w takiej formie jak u „nowego” Rammsteina, nie bawią mnie tak, jakby mogły. Nie wiem ile piosenek z tej płyty mogłoby przejść do historii. Ja zostawiam w swojej głowie jedynie cztery „hitowe” numery, do których będę wracać. Dodatkowo, bez małych szaleństw klawiszowca (Christiana Lorenza) ta płyta nie obroniłaby się prawdopodobnie wcale. Dla mnie Rammstein wypada gdzieś między 2.5 a 3.


Rammstein – Rammstein otrzymuje:

Autor recenzji: @inpluvia


INNE WPISY, KTÓRE MOGĄ CIĘ ZAINTERESOWAĆ

FACEBOOK ZESPOŁU

NASZ FACEBOOK

O autorze

Dziwne imię i miłość do Rammstein to moje znaki rozpoznawcze. Twórczość Knocked Loose i Great American Ghost przenosi mnie do lepszego świata.